— Ale powodzi się panu nieźle, prawda?

— Różnie o tem możnaby sądzić. Głodem nie przymieram, ale...

— Ale strona materjalna panu nie wystarcza — podchwyciła. — Mój Boże, jak ja pana znam. I właśnie dlatego jestem pewna, że dojdzie pan do realizacji swoich zamierzeń. Ale pan chyba pracuje nie w Warszawie? Musielibyśmy się przecież spotkać.

— Tak — potwierdził, ociągając się, — poza Warszawą.

— Daleko?

— Na... Polesiu.

— Na Polesiu? Cóż pan tam robi?

— Pracuję w dobrach książąt Zasławskich.

Nie wiedział, dlaczego skłamał. Wprost przez usta nie chciało mu przejść, że zajmuje się brudnemi interesami. Gdyby wymienił nazwisko Czabana, mogłaby się łatwo dowiedzieć, że jego geszefty nie cieszą się zbyt pochlebną opinją. A pozatem myślał w tej chwili, że przyszedł tu niepotrzebnie, że niewiadomo poco naraził się na to obejrzenie się wstecz, które go tyle kosztowało, że wreszcie, za żadne skarby nie wróci tu więcej, i z Miką nigdy się nie zobaczy. Nie mógł jednak, było to ponad jego siły, wyznać tej ufnej, naiwnej panience, że jest łotrem, że nie zostało w nim z dawnego człowieka nic. Bo i pocóż jej to odbierać?...

Więc raz zacząwszy, kłamał dalej. Mówił, że ma posadę w administracji dóbr Zasławskich, że pracuje dużo, zarabia nieźle, że zrzadka przyjeżdża do Warszawy, że jest, jak zawsze, samotny, a teraz przyszedł ją odwiedzić, bo... bo chciał prosić o gościnę, gdyż zabrakło mu pieniędzy na hotel. Wobec tego jednak, że Mika mieszka sama, oczywiście, to nie wypada...