Mika zakłopotała się:

— Mój Boże!... Tak mi przykro. Proszę mi wierzyć, panie Franku, że gdybym tylko miała... Ale nie mam. Zaraz, zaraz... Mam trzydzieści pięć złotych — zerwała się po torebkę. — Do pierwszego niedaleko. Wystarczy mi dziesięć, nawet pięć... W razie czego pożyczę od kogoś z kolegów...

Zaczerwieniona podała mu kilka monet.

— Ależ ja żartowałem — pocałował ją w rękę. — Jutro dostanę pieniądze. Dziękuję, bardzo dziękuję.

— Nie, niech pan weźmie! Sprawi mi pan bardzo wielką przykrość odmową — upierała się.

Wreszcie udało mu się uspokoić ją zapewnieniem, że skorzysta z pożyczki w razie konieczności.

— A co pani robi z pieniędzmi? — zapytał wprost. — Zgrywa się pani na wyścigach?

— O, nie, skądże. Muszę komuś trochę pomagać. Pan wie, jak dzisiaj trudno wielu ludziom.

— Rodzinie?

— Nie. Mamusia nie żyje, a Krysia daje sobie radę. Wojtkowi zaś powodzi się jako tako.