Orkiestra przestała grać. Wracali do stolika.
— A czy można się tego nauczyć? — zapytała Tunka.
Spojrzał na nią i odpowiedział cicho:
— Nie wiem.
I po chwili dodał pospiesznie:
— Jeszcze nie wiem, ale wiem, że trzeba!
Przy stoliku pił dużo. Umyślnie. Gdy żegnał Czabanów, wsiadających do auta, był półprzytomny. Długo włóczył się pustemi ulicami, bez celu, byle tylko opóźnić powrót do domu. Przez stężały i głuchy mózg, zamulony mętnym osadem urywków myśli, wciąż jednak przebijała się ostra i jaskrawa świadomość popełnionej zdrady wobec Arletki.
— Powiem jej... Musi zrozumieć... — mruczał do siebie i wiedział, że kłamie, że nie zdobędzie się na tyle odwagi, na tyle bezczelności.
I wiedział jeszcze rzecz drugą: że się jej boi. Nie dlatego, że ona nie cofnie się przed niczem. Z zimną krwią zabiła przecie Czarnego Kazika, którego nienawidziła. A tutaj tembardziej nie drgnie jej ręka, gdyż kocha, gdyż wierzy w swoje prawo do człowieka, którego uważa za najbliższą sobie istotę na ziemi. Nie bał się nawet jej okrucieństwa, lecz ogarniało go przerażenie na myśl, że zobaczy wtedy wyraz jej oczu.
Czemże będzie mógł jej odpowiedzieć? Jakiemi argumentami, jakiem usprawiedliwieniem się, bodaj jakiem kłamstwem?... Nic nie znajdzie na swoją obronę. Absolutnie nic.