Nawet nie będzie mógł powiedzieć, że zmieniły się jego uczucia, bo tego skłamać nie potrafi. Od dawna przecie napróżno pracuje nad wyrugowaniem jej ze swych myśli, ze swych nerwów, ze swych uczuć. Napróżno.

— Nie, nie mogę, nie mogę — powtarzał, by po chwili ocknąć się znowu i uprzytomnić sobie jej własne słowa, te słowa, któremi ona sama wskazała mu nową drogę:

— Trzeba żyć dla siebie. Bez skrupułów, bez zastanawiania się, czyim kosztem się żyje. Plunąć na wszystko. Brać, brać, co się da. Trzeba umieć krzywdzić...

To racja. Czyż warto było zaczynać nowe życie, jeżeli nie zostawiło się całego bagażu skrupułów na progu! Wilk musi uwierzyć w swoje wilcze posłannictwo.

— I ja wierzę, wierzę, wierzę — powtarzał głośno.

Pogasły już latarnie uliczne. Nad Pragą zaróżowiło się niebo. Murek wszedł po schodach, otworzył drzwi i starał się zachowywać jaknajciszej, by nie obudzić Arletki. Jednak posłyszała jego kroki i zawołała:

— Franku!

W jej pokoju, jak zawsze, okno było odsłonięte. Leżała zaspana jeszcze i uśmiechając się, wyciągnęła doń ręce:

— O, jaki ukiziany mój Franeczek, jaki zmęczony — mówiła pieszczotliwie. Chodź, biedaku, muszę cię uściskać.

Nigdy nie robiła mu najmniejszych wyrzutów, gdy wracał późno. Witała go zawsze uśmiechem i pocałunkami, a jej ciepłe ze snu ramiona oplatały się łagodnie i kojąco koło szyi, jej gorące usta dotykały spieczonych i opierzchłych od alkoholu warg.