— A o której?

— O piątej, jeżeli pan łaskaw.

— Dobrze.

— A niechże mi pan daruje niegrzeczne powitanie. Nie ma pan do mnie żalu?

— Skądże — odparł — każdemu się zdarzy.

Przyjrzał się jej uważniej i skonstatował w duchu, że wygląda nawet miło. Mogła mieć około pięćdziesiątki, lecz żywe ruchy i szczupłość figury robiły ją młodszą. Odprowadziła Dyzmę do przedpokoju i pożegnała wdzięcznym uśmiechem.

„U tych wielkich państwa — myślał Nikodem, schodząc ze schodów — to nigdy nic nie wiadomo”.

Wstąpił do najbliższego baru i zjadł obiad. Było to o tyle przyjemne, że wreszcie jadł sam i mógł zachowywać się swobodnie, nie pilnując się, czy aby wypada to jeść łyżką, a tamto widelcem.

Z wizyty u pani Przełęskiej pozostało mu wrażenie, że wszystko skończy się na gadaninie, a z nadziei hrabiego Ponimirskiego będą nici.

„Nie taki głupi ten Kunicki, by dać się nabić na wszystkie boki. Sprytna jucha!...”