Przez chwilę zastanowił się, czy wobec tego opłaciłoby się raczej opowiedzieć o wszystkim Kunickiemu. Doszedł jednak do przekonania, że najpraktyczniej będzie trzymać język za zębami. Zresztą nie chciałby wsypać Ponimirskiego, gdyż ten nie wątpił, że tym sprawiłby przykrość pani Ninie, a to taka sympatyczna kobita...
W pobliżu baru wzrok Dyzmy uderzyła jaskrawa reklama świetlna. Kino. Jakże dawno nie był w kinie! Spojrzał na zegarek, miał jeszcze pięć godzin czasu. Nie namyślał się długo, wszedł i kupił bilet.
Film był niezwykle piękny i emocjonujący. Młody rozbójnik zakochał się w uroczej panience, którą porwała inna banda, i po mnóstwie karkołomnych przygód i bohaterskich walk odbija dziewczynę i w finale staje z nią na kobiercu ślubnym, a co najciekawsze, ślubu udzielił im ojciec panny młodej, siwy ksiądz z dobrotliwym uśmiechem na fałdzistej twarzy.
Szczegół ten wywołał początkowo pewne obiekcje177 Nikodema, które rozwiały się wszakże pod argumentem, że przecie wszystko to dzieje się w Ameryce, a tam widocznie ksiądz może mieć dzieci.
Film był tak czarujący, że Dyzma przesiedział całe dwa seanse.
Gdy wyszedł z kina, ulice już jarzyły się tysiącami świateł. Chodnikami snuły się tłumy spacerujących. Wieczór był gorący i parny. Szedł pieszo do hotelu, przed którym już z daleka poznał wspaniałe auto Kunickiego.
„Moje auto!” — pomyślał i uśmiechnął się.
— No, cóż tam — zapytał szofera w odpowiedzi na jego ukłon.
— Ano nic, proszę pana.
— Cóż pan porabiał?