— Żyje — odparł Krzepicki, mrużąc oko — żyje, tylko nie wiem z kim. Grasuje za granicą. Ależ wózek. Prima sort. Dużo też zjada benzyny?
— Ze trzydzieści z ogonkiem — odpowiedział uśmiechnięty szofer, zatrzaskując drzwiczki.
— Dobrze jest mieć taki samochód — zakonkludował Krzepicki.
Po drodze mówił dużo o interesach, jakie są do zrobienia, jeżeli się tylko ma pieniądze, zaś z milczenia Dyzmy wywnioskował, że musi to być człowiek niezwykle sprytny i ostrożny.
Gdy wreszcie młody człowiek wysiadł przy Politechnice, szofer odwrócił się do Dyzmy.
— Ja tego pana znam. To jest pan Krzepicki. On miał stajnię wyścigową, ale mu nie szło.
— Musi to być cwaniak! — rzekł Nikodem.
— O-ho-ho — pokręcił głową szofer.
Rozdział siódmy
Był to obszerny gabinet w stylu Ludwika Filipa, o ciemnych zielonych tapetach i wysokich oknach, oszklonych do samej podłogi.