Przy szerokim biurku z brodą wspartą na obu rękach siedział pan minister Jaszuński, słuchając w milczeniu cichego, równomiernego głosu urzędnika, który już od godziny referował zwierzchnikowi stan rzeczy w polityce rolnej.
Co pewien czas urzędnik odkładał notatnik i wyjmując z grubej teczki wycinki gazet odczytywał różne ustępy, w których często powtarzały się liczby i takie słowa, jak: eksport, cetnar metryczny195, pszenica, stan katastrofalny itp.
Treść referatu musiała być niewesoła, gdyż na czole ministra zarysowała się głęboka bruzda, która nie znikła nawet wówczas, gdy usta uśmiechały się, wymawiając uprzejmie podziękowanie za tak starannie i przejrzyście przygotowany referat.
Po powrocie z zagranicy minister Jaszuński zastał w swoim resorcie sytuację niemal groźną. Opłakany stan rolnictwa i perspektywy ogromnego urodzaju wywołały zaciekłe ataki prasy opozycyjnej, a nawet pomruki niezadowolenia w dziennikach najbardziej zbliżonych do rządu.
Z kilku rozmów, jakie już zdążył przeprowadzić, minister Jaszuński zdołał wywnioskować, iż stanowisko jego jest poważnie zachwiane i że wielką ulgą dla gabinetu byłaby jego dymisja. Nie powiedziano mu tego wprost. Bynajmniej. Lecz dano przecież do zrozumienia, że musi się znaleźć kozioł ofiarny, którym trzeba okupić złą koniunkturę i błędną politykę gospodarczą rządu. Premier robił niezwykle kwaśną minę i wszak zupełnie wyraźnie powiedział, że w obecnej sytuacji dymisja całego gabinetu byłaby niemożliwa, a trzeba się ratować rekonstrukcją.
Jaszuński nie wątpił, że nad wytworzeniem takiego nastroju pracował przede wszystkim Terkowski, którego wpływom premier tak łatwo ulega.
Sytuacja dojrzewała i należało wreszcie powziąć stanowczą decyzję. Minister Jaszuński odkładał ją jednak do czasu porozumienia się ze swym zastępcą, wiceministrem Ulanickim.
Czekał nań od rana, a nawet telefonował doń kilka razy, lecz w mieszkaniu odpowiadano, że pan śpi.
Toteż gdy około drugiej Ulanicki stanął na progu zielonego gabinetu, minister wybuchnął:
— Zwariowałeś czy co? Zalewasz się po nocach, a tu ziemia pod nogami się pali!