Na dzwonek drzwi otworzył woźny i, obrzuciwszy Dyzmę niechętnym wzrokiem, powiedział:

— Pan czego? Biuro jest nieczynne.

— Nastąp się pan200 — odparł Nikodem wyniośle — ja do ministra Jaszuńskiego.

Woźny zgiął się w ukłonie.

— Najmocniej przepraszam szanownego pana, najmocniej przepraszam. Pan minister czeka w swoim gabinecie; jest też pan wiceminister Ulanicki.

Z pieczołowitością201 zdjął z Dyzmy palto.

— Szanowny pan pozwoli za mną. To tu, na pierwszym piętrze.

Nikodem nie zdawał sobie sprawy z faktu, że oto za chwilę będzie rozmawiał z ministrem, że to, co podczas wyjazdu z Koborowa wydawało się zupełnym nieprawdopodobieństwem, nabierało oto realnych kształtów. Bieg zdarzeń niósł go ze sobą, niósł go nurt, którego działanie widział i odczuwał, lecz nie umiał sobie wytłumaczyć przyczyn tych działań i tajemnicy, dlaczego spotkało to właśnie jego, Nikodema Dyzmę.

Gdy otrzymał wezwanie do ministra, domyślił się od razu, że chodzi o obligacje zbożowe, o których słyszał od Kunickiego, a czym Ulanicki tak się zachwycał. Toteż obawiał się teraz, że minister zechce go wypytywać o szczegóły przeprowadzenia projektu. Należy być ostrożnym. Grunt to trzymać się najlepszej metody, która dotychczas w praktyce dawała niezawodne wyniki: mówić jak najmniej!

Obaj dygnitarze przyjęli Dyzmę z wylaniem202.