Fakt, że Ulanicki był z nim na „ty”, od razu stworzył atmosferę intymną. Minister Jaszuński zaczął od komplementów. Przypomniał Nikodemowi bankiet z 15 lipca i zajście z Terkowskim.
— Wtedy powiedziałem panu, że gdybyśmy więcej w kraju mieli takich jak pan, dobrze by nam się działo. Teraz przekonałem się, że działoby się nam świetnie.
— Zbyt łaskaw dla mnie pan minister...
— E! Nikodemie! Nie udawaj skromnisia! — zawołał wesoło Ulanicki.
Rozmowa zeszła na kwestię obligacji zbożowych. Dyzma znalazł się w ogniu pytań, chociaż obaj dygnitarze zaczęli od tego, że, właściwie mówiąc, sami na rolnictwie nie bardzo się znają, był bardzo ostrożny, by nie palnąć jakiegoś głupstwa. Dobra pamięć przyszła mu o tyle z pomocą, że dawkując małymi dozami, zdołał powtórzyć niemal wszystko, co mu kiedyś o tym powiedział Kunicki. Na wszelki wypadek dodał i to, co słyszał o „swoim” projekcie od Ulanickiego.
Minister był zachwycony i zacierał ręce. Zapadł już zmierzch i Jaszuński, zapalając lampkę, zawołał z humorem:
— No, kochany panie Dyzma, nie mogę wprawdzie nazwać pana złotoustym mówcą, ale głowę to pan ma na karku. Zatem świetnie. Na razie będzie pan łaskaw zachować ścisłą tajemnicę. Do czasu. Bowiem jest jeszcze wiele rzeczy do zrobienia. Jaś przygotuje projekt ustawy, pójdzie to na komitet ekonomiczny Rady Ministrów, ja zaś jutro rozmówię się z premierem. Jedynym szkopułem, jaki widzę w pańskim znakomitym projekcie, jest kwestia magazynów. O budowaniu nowych mowy być nie może, nie dostaniem kredytów. Zresztą jest to trudność uboczna. W każdym razie, panie Nikodemie, realizacja pańskiego projektu nie odbędzie się bez pana, nie może obyć się bez pana.
— Oczywiście — wtrącił bas Ulanickiego.
— Nie odmówi pan rządowi swojej współpracy? Mogę liczyć na pana?
Dyzma podrapał się w głowę.