Dokończył już szeptem, gdyż na schodach ukazał się Kunicki, któremu twarz rozpogodziła się w jednej chwili.

— Jaka szkoda, kochany panie Nikodemie! Niech pan sobie wyobrazi, że żona moja ma silną migrenę i nie może zejść. A Kasia nie chce zostawić biedactwa samej. Trudno, che, che, che, zjemy kolację bez kobiecego towarzystwa.

Wziął Dyzmę pod ramię i przeszli do jadalni, w której służba zdążyła już sprzątnąć dwa zbędne nakrycia.

Tu Kunicki zaczął szczegółowo wypytywać Nikodema o przebieg jego misji w Warszawie i w Grodnie. Po każdej zaś odpowiedzi podskakiwał na krześle, klepiąc się obu dłońmi po udach i wykrzykując entuzjastyczne pochwały.

— Wie pan, drogi panie Nikodemie — zawołał w końcu — że to podniesie dochód Koborowa o jakieś sto do stu czterdziestu tysięcy rocznie! To znaczy, że według naszej umowy pańska tantiema wyniesie ponad czterdzieści tysięcy rocznie! Co? Nieźle? Opłaciło się panu?

— No, niby tak.

— Jak to niby?

— Wydatki miałem duże, bardzo duże. Ja liczyłem, że i pensja musi pójść w górę.

— Zgoda — odparł zimno Kunicki — więc dodaję pięćset. Będą okrągłe trzy tysiące.

Dyzma chciał powiedzieć „dziękuję”, lecz spostrzegłszy, że Kunicki patrzy nań z zaniepokojeniem, pokiwał się na krześle i powiedział: