— Nie wypada! — uśmiechnęła się niemal figlarnie.
Uśmiechnął się i Dyzma. Pochylił się i wziął ją na ręce. Nie broniła się, gdy znaleźli się na kładce, objęła go za szyję i przywarła doń mocno.
— Oj, ostrożnie...
Umyślnie szedł coraz wolniej i postawił ją na ziemi o parę kroków dalej, niż tego wymagała długość przeprawy. Nie zmęczył się, lecz że był nieco zdyszany, Nina zapytała:
— Ciężka jestem? Jak długo mógłby pan mnie nieść?
Nikodem spojrzał w jej rozjarzone oczy.
— Mógłbym ze trzy mile, z pięć mil...
Odwróciła się szybko i szli w milczeniu, aż do łódki. Gdy już odpłynęli dość daleko od brzegu, Nina powiedziała:
— Niech mi pan tego nie weźmie za złe, co powiem. Wydaje mi się, że kobieta nie może być szczęśliwa, jeżeli nie ma kogoś, kto by ją nosił na rękach. Nie w przenośni, nie. Wprost nosił na rękach.
Dyzma złożył wiosła. Przypomniał mu się mały tłuściutki pan Boczek i jego żona, która musiała ważyć co najmniej sto kilo. Boczek na pewno nie nosił jej na ręku — uśmiechnął się — a jednak są szczęśliwi.