To pracowały tartaki pana Kunickiego.

Dyzma podłożył ręce pod głowę i wyciągnął się na mchu. Nina siedziała skulona. Pochyliła się nad nim i szepnęła:

— Po co, po co to zrobiłeś? Teraz już nigdy cię nie zapomnę... Będę stokroć nieszczęśliwsza niż dotychczas... Boże, Boże!... Ja nie potrafię już teraz żyć tym strasznym życiem... Nie potrafię żyć bez pana...

— A po co potrafiać?

— Nie mów, nie mów tak, nie mów! Nie zniosę roli żony zdradzającej starego męża. To ohydne.

— Przecie go nie kochasz...

— Nienawidzę, nienawidzę!

— No więc?

— Ach, udajesz, że mnie nie rozumiesz. Ja nie potrafię żyć z wiecznym kłamstwem w duszy. To ponad moje siły. To zatrułoby mi każdą chwilę spędzoną z tobą... Boże, Boże, gdybym mogła zerwać te kajdany.

— A cóż to trudnego? — wzruszył ramionami. — Tyle ludzi rozwodzi się.