— Naturalnie! — klasnęła pulchnymi rączkami pani Przełęska.
— Bo widzi pan — ciągnął Nikodem — ja będę teraz potrzebował sekretarza. Sekretarz prezesa banku to przecież nie byle co. To musi być, znaczny, inteligentny, sprytny i w ogóle, faktycznie odpowiedzialny. Uważasz pan?
Krzepicki oblizał wargi i zrobił niedbałą minę.
— Dziękuję, panie prezesie, ale nie wiem, czy potrafię. Poza tym... hm... powiem otwarcie, pan prezes mi tego za złe nie weźmie, ale ja chyba nie nadaję się do funkcji urzędniczych. Stałe godziny biurowe, codzienne wczesne wstawanie...
Dyzma klepnął go po kolanie.
— Nic się pan nie bój! Żadnych stałych godzin. Będziesz pan siedział w pracy tylko wtedy, gdy ja będę siedział, a co panu się zdaje, że prezes to ma siedzieć kamieniem? Od tego jest, panie, dyrektor. My będziemy tylko od głównych spraw, od ważniejszych. No, daj pan rękę!
Pani Przełęska wybuchnęła entuzjazmem. Z emocji zaczęła Krzepickiego tykać287, namawiając go gwałtownie do natychmiastowego przyjęcia propozycji.
Zyzio uśmiechnął się i podał rękę.
— Bardzo dziękuję panu prezesowi. Ale czy można spytać, jaką gażę288 pan prezes mi przeznaczy?
Nikodema mile połechtał „pan prezes”. Wziął się w boki i zapytał: