Obrzucił triumfującym spojrzeniem pokój, a Krzepicki wśród zachwyconych „ochów” pani Przełęskiej zerwał się i, głośno szurgając nogami, dziękował panu prezesowi.

Pani Przełęska oświadczyła, że to nie może skończyć się na sucho, i kazała służącemu przynieść butelkę szampana.

— No — rzekł Dyzma podnosząc szklaneczkę — no, panie Krzepicki, tylko jeden jedyny warunek: sztama! Rozumiesz pan? Sztama! Sztama! To znaczy, musimy trzymać jeden z drugim. I ani pary z gęby o tym, czym ze sobą gadamy...

— Rozumiem, panie prezesie.

— A ja panu powiem, że jak będę z pana zadowolony, to na święta czy przy innej okazji dwa, trzy tysiączki gratyfikacji...

Krzepicki odprowadził Dyzmę do hotelu. Po drodze rozmawiali jeszcze o organizacji banku i Nikodem zapowiedział, że zaraz jutro poznajomi Krzepickiego z dyrektorem Wandryszewskim.

— Nie będę miał zbyt wiele czasu, bo muszę załatwić inne sprawy, więc tak się umówmy, że organizacją zajmie się Wandryszewski, a sprawozdania będzie składał nie mnie, tylko panu, rozumiesz pan? A pan będzie gadał ze mną i referował, i moje rozporządzenia powtarzał tamtemu.

— Tak będzie najlepiej — potwierdził Krzepicki.

— Umiejętność kierowania, panie Krzepicki, zapamiętaj to pan sobie, polega na umiejętności szybkiej decyzji!

W hotelu zastał Ulanickiego, który powitał go tubalnym „na zdar289!”