Drzwi frontowe były zamknięte i dopiero po kilku dzwonkach otworzył je lokaj, który struchlał, ujrzawszy minę Dyzmy.
— Co do cholery, powymieraliście tutaj! Dodzwonić się nie można!
— Moje uszanowanie jaśnie panu, przepraszam najmocniej, byłem w kredensie297.
— Co w kredensie! Bałwanie jeden! Pół godziny czekam, a on w kredensie. Bydlę nieskrobane! No, zdejmujże palto, co patrzysz jak wół na malowane wrota. Gdzie pani?
— Nie ma, proszę pana administratora, jaśnie pani pojechała do kościoła.
— Po pierwsze, nie żaden pan administrator, tylko pan prezes, ćwoku jeden, a po drugie, to jak państwa nie ma, to wy tutaj sobie święto urządzacie, próżniaki! Nie ma święta! Święto jest wtedy, jak roboty nie ma, rozumiesz! Za mordę was trzeba trzymać! No, czego stoisz?
Lokaj ukłonił się i wyśliznął się do hallu.
— Za mordę tych draniów trzeba trzymać — mruczał Dyzma do siebie — inaczej na łeb włażą.
Włożył ręce w kieszenie i zaczął chodzić. Wszystkie pokoje były już sprzątnięte, w sypialni Kunickiego natomiast na środku pokoju stała szczotka do zamiatania. Zadzwonił i bez słów wskazał służącemu szczotkę.
— Uch, cholera! — burknął, gdy ten zniknął za drzwiami.