Dziwne. Nie czuł ani bólu głowy, ani niesmaku w ustach, jak zwykle po większych pijaństwach.

Był tylko straszliwie osłabiony.

Każdy ruch, ba, każde podniesienie powiek wydawało się mu ciężkim trudem.

A jednak trzeba było wstawać. Musi przecie jechać do Warszawy. Co sobie w banku pomyślą...

Zadzwonił.

Zjawił się sztywny lokaj i oznajmił, że kąpiel jest przygotowana.

Dyzma leniwie wciągnął na siebie pidżamę i przeszedł do łazienki. Tu, spojrzawszy w lustro, aż się przeraził: blady był jak płótno, pod oczyma wystąpiły dwa sine szerokie półkola.

— Cholera — zaklął — urządziły!...

Ubrał się i powłócząc nogami zszedł na dół.

Tu czekała nań pani Koniecpolska, która na powitanie omdlałym ruchem podała mu rękę.