— Przepraszam.

Rozmyślał o ubiegłej nocy. Czuł trochę strachu. Wspomnienie, że wszystko to odbywało się nie bez udziału diabła, gniotło go najbardziej. Natomiast cieszył się z odkrycia, że w tych najwyższych sferach towarzyskich ma takież prawa, jak każdy hrabia czy książę. Ba, większe. Muszą go słuchać, a niech na którą z nich tylko palcem kiwnie, to przyjdzie jak pierwsza lepsza z ulicy.

Jakże inaczej wyobrażał je sobie, ilekroć te dumne i eleganckie damy...

Roześmiał się z zadowoleniem.

„Prawdę mówi Krzepicki: wszystkie takie same dziwki...”

Zaczął padać deszcz. Gdy samochód zatrzymał się na Wspólnej, lało jak z cebra.

Szybko przebiegł chodnik i wszedł do bramy. Gorzej było ze schodami. Wchodził na nie tak, jakby dźwigał wielki ciężar.

„Urządziły, choroba!”

Ignacy powitał pana oznajmieniem, że przez wczorajszy i dzisiejszy dzień było z dziesięć osób, a pan sekretarz kilka razy, i ciągle dowiaduje się telefonem, czy pan prezes nie przyjechał. A najgorszy to był jeden nachał. Wymyślał i koniecznie chciał sam obejść mieszkanie, bo nie wierzył, że pana prezesa nie ma...

Mówił, że pan prezes chowa się przed nim...