— Czego pan piekli się, panie Nikodem — pojednawczo zaczął Boczek — przecie ja panu żadnej krzywdy nie chcę zrobić...
— Nie chcę, nie chcę, a czego pan mordę rozpuszczasz przy moim sekretarzu, co?
Boczek usiadł.
— Sza, panie Nikodem. Czy nie lepiej nam żyć w zgodzie? Pan mnie pomożesz, a ja panu szkodzić nie będę...
— To nie dałem może panu posady?
— Co mi za posada — wzruszył ramionami Boczek. — Osiem godzin człowiek tyra384 za głupie czterysta złotych. A przy tym w fabryce taki huk, że nerwy nie strzymają385. To nie dla mnie...
— Może pana ministrem zrobić, co? — zadrwił Dyzma.
— Co pan kpisz, panie Nikodem, a niby dlaczego pana zrobili prezesem banku?
— Bo rozum mam, rozumiesz pan?
— Każdy ma swój rozum. A ja tak myślę, że jeżeli pan możesz być prezesem, to mnie wprost niehonorowo, żebym ja, dawniejszy pański zwierzchnik, nie miał pensji choćby osiemset złotych.