— Pewno — potwierdził Nikodem.
— Zawsze byłem pańskim przyjacielem. Inni odsuwali się od pana, że to, powiadali, bękart386, niby z nieprawego łoża, podrzutek...
— Przestań pan, do cholery!
— Toż mówię, inni tak w całym Łyskowie na pana, a ja nic i nawet w swoim domu pana przyjmowałem...
— Wielkie mecyje387 — pogardliwie skrzywił się Dyzma.
— Kiedyś były wielkie — flegmatycznie zauważył Boczek — ale co będziemy się spierać.
Nikodem siedział ponury jak noc. Wspomnienie tego, że jest podrzutkiem, skręciło mu wnętrzności. Nagle z całą jasnością uprzytomnił sobie, że dla nich dwóch, dla niego i dla Boczka, za mało miejsca w Warszawie... Nie tylko w Warszawie.
Wypogodzony wyraz twarzy Boczka znikłby bez śladu, gdyby mógł on teraz odczytać myśli swego dawnego podwładnego.
— Tak panu powiem, panie Boczek — zaczął Dyzma — przyjdź pan jutro i przynieś pan swoje papiery, wszystkie papiery, bo wystarać się o taką posadę dla pana, to nie byle co. Trzeba będzie dużo nagadać się i wytłumaczyć, że pan potrafisz być zastępcą dyrektora.
— Serdeczne dzięki, nie pożałuje pan tego, panie Nikodem.