Harmonista wychylił kieliszek i splunął.
— Można, dlaczego nie, tylko trzeba wybulić ze sto złociszów... Może sto dwadzieścia...
— Dam radę — odparł Dyzma.
Ambroziak kiwnął głową, wstał i znikł za kotarą. Dyzma czekał.
Po chwili harmonista wrócił w towarzystwie małego blondyna o uśmiechniętych oczach.
— Poznajomcie się, kolego Pyzdraj, Franek Lewandowszczak.
Blondynek wyciągnął rękę, niespodziewanie wielką i sękatą.
— Kto umarł? — zapytał wesoło.
— Tak sobie — odpowiedział Dyzma z namysłem — mały interes.
— Jak interes, to i zagrycha będzie?