— Panno Maniu! — zawołał za nią. — Proszę zaczekać, pójdziemy.

Przystanęła, a gdy zrównał się z nią, powiedziała:

— Hotel też pięć złotych.

— Dobrze — odparł.

Szli wąskimi uliczkami w milczeniu.

Zaspany drab w pluszowej kamizelce otworzył im drzwi, wprowadził do małego brudnego pokoju i wyciągnął rękę. Dyzma zapłacił.

Przez szare butwiejące62 firanki wpadał snop jaskrawego słońca. W pokoju było duszno, parno i czuć było stęchliznę.

— Może by okno otworzyć? — zapytała Mańka.

— Późno już. Czas do domu. Pewno będzie dziesiąta — powiedział Dyzma.

Mańka przed małym lusterkiem rozczesywała gęste czarne włosy wyszczerbionym grzebykiem.