Dyzma z roznamiętnieniem wpatrywał się w walczących. W momentach niebezpiecznych tak z emocji zaciskał dłonie, że te aż trzeszczały w stawach. Przez zaciśnięte zęby wyrywały się mu raz po raz słowa zachęty:

— Mocniej, wal go...

Spocone cielska przewalały się po arenie, wśród stękania i charkotu przyduszonych gardzieli.

Z galerii raz po raz zrywały się okrzyki, gwizdania i brawa.

Pary atletów zmieniały się już kilkakrotnie.

Wreszcie przyszła kolej na walkę, która stanowiła główną sensację wieczoru.

Naprzeciw siebie stanęli dwaj najsilniejsi przeciwnicy.

Mistrz Polski, Wielaga, o potwornie szerokich ramionach i herkulesowych barach, z krótkim zdeformowanym nosem i wygoloną głową, robił wrażenie goryla. Naprzeciw wyższy i szczuplejszy Tracco o lśniącej skórze, pod którą grały wielkie supły mięśni, stał na rozstawionych nogach, przypominających dwa sękate pnie dębu.

Wśród zupełnej ciszy rozległ się gwizdek.

Przeciwnicy, nie śpiesząc się i mierząc się spojrzeniem, szli ku sobie. Obaj oceniali poważnie czekającą ich walkę, lecz od pierwszego chwytu stało się jasne, że każdy z nich obrał taktykę. Polak chciał nadać walce błyskawiczne tempo. Włoch natomiast postanowił przeciągać zapasy jak najdłużej, licząc na zmęczenie przeciwnika.