Wielaga cisnął. Twarz Włocha stała się najpierw purpurowa, później sina. Oczy wytrzeszczały się męką nie do zniesienia, z otwartych ust po wysuniętym języku ściekała ślina.
— Ohyda! — powiedziała panna Marietta i zakryła oczy.
— On go zamorduje — przeraziła się jej siostra — panie prezesie, to okropne...
— A niech i skręci mu kark! — odparł Dyzma.
— Wstyd, panie prezesie — denerwowała się Marietta.
— Przecie może się poddać — wzruszył ramionami pułkownik.
Lecz Włoch nie myślał o poddaniu się. Znosił piekielny ból i było widoczne, że nie ustąpi.
Wielaga też doszedł do tego przekonania, a wiedząc, że wkrótce rozlegnie się gwizdek sędziego na przerwę, postanowił za wszelką cenę skończyć.
Nagłym ruchem targnął przeciwnika w bok, i nieznacznie podstawiwszy mu nogę, rzucił o ziemię i przywalił sobą na obie łopatki.
Cyrk zatrząsł się w posadach. Ogromny ryk, burza oklasków i tupanie tysiąca nóg zmieszały się w hałas, w którym zarówno gwizdek sędziego, jak i dzwonek przewodniczącego stały się nieme.