— Jezu! — krzyknął i potoczył się do rynsztoka.
Pod czaszką uczuł szum, w ustach smak krwi.
Napastnicy nie uważali jednak roboty za skończoną. Jeden pochylił się nad leżącym i walił go pięściami w brzuch i w piersi, drugi zbiegł na jezdnię i wymierzył obcasem straszliwe ciosy w twarz.
Okropny ból poderwał leżącego. Z nieprawdopodobną, jak na jego tuszę, szybkością stanął na równe nogi i rozpaczliwym głosem ryknął:
— Ratunku! Ratunku!...
— Zatknij mu pysk! — zdyszanym szeptem zawołał blondyn.
Drugi chwycił leżący na chodniku kapelusz ofiary i przytknął go do zmasakrowanej twarzy.
— Ratunku!... ratunku! — krzyczał ten bez przerwy.
Z daleka na rogu ulicy przystanął ktoś.
— Te, Franek, ktoś idzie.