— A cóż ja na to poradzę — wzruszył ramionami.
Początkowo przeraził się faktu śmierci Boczka. Przyszło mu na myśl, że śledztwo dojdzie jednak do niego. Bał się też, że widmo zamordowanego nie da mu spać po nocach.
Z drugiej strony świadomość nieistnienia tego wysoce niebezpiecznego człowieka, świadomość bezpieczeństwa i zniknięcia wiszącej dotychczas nad głową groźby była uczuciem silniejszym od obaw, które z biegiem czasu malały do zera.
Któż jego, prezesa banku, może posądzić o podmawianie jakichś bandytów do mordu!
Zresztą czyż on, Dyzma, winien jest śmierci Boczka? Przecież jej nie chciał.
— Sam sobie winien. Głupia pała... Doigrał się...
Do gabinetu wszedł Krzepicki. Zamknął za sobą drzwi i z tajemniczym uśmiechem powiedział:
— Panie prezesie, czy zechce pan przyjąć pewnego interesanta? Interesanta bardzo ciekawego.
— Kogo?
— Pańskiego dobrego znajomego.