— Dlaczego się nie ma udać? Więc sztama403? — wyciągnął rękę.
— Sztama! — ścisnął ją mocno Dyzma.
Tegoż wieczora prezes Nikodem Dyzma złożył wizytę inżynierowi Romanowi Pilchenowi, ministrowi komunikacji.
Był to drobny brunet, zawsze uśmiechnięty i pogodny, znany ze swej pasji zdrabniania wyrazów. Jego żona, siwiejąca szatynka, o wybitnie semickim typie, i sam minister przyjęli Dyzmę owacyjnie.
— Prezesiuniu kochanieńki — zawołał Pilchen na jego widok — ależ to słówko w cyrczku! Niechże cię kaczuszki podepczą! Myślałem, że szlaczek mnie trafi ze śmiechu! To się nazywa określonko!
— Może niezbyt salonowe — ciągnąc słowa potwierdziła jego żona — ale za to bardzo męskie.
— Słuszniutko, racyjka, mamy w naszym kraiku za dużo ugrzeczniaków i fajtłapków, za dużo cukiereczków! Solne słówko tak działa jak kubełeczek zimniutkiej woduni.
Nikodem śmiał się i usprawiedliwiał tym, że tak już był zirytowany, że musiał „wygarnąć”.
Po kolacji przystąpili do interesu.
Nikodem nie przypuszczał, że pójdzie tak łatwo.