— Halo!... Moje uszanowanie panu naczelnikowi, moje uszanowanie. Czym mogę służyć panu naczelnikowi?

Dyzma wstał i podszedł do okna. Słuchał. Był tak podniecony, że literalnie wpił się palcami w parapet. Słuchał.

Stopniowo zaczął się uspakajać. Rozmowa potwierdziła jego nadzieje.

Głos Kunickiego z wolna przeszedł w dźwięk niepokoju, przerażenia i zajęczał prośbą, później, gdy odkładał już słuchawkę, zawołał z nieukrywaną rozpaczą:

— Cóż ja pocznę! Cóż ja pocznę!

— Bo co się stało? — zapytał Dyzma ze współczuciem.

Kunicki rzucił się na krzesło i otarł pot z czoła. Szepleniąc jeszcze bardziej niż zwykle zaczął opowiadać Nikodemowi, że żądają koniecznie dokumentów z procesu, że musi je dostarczyć najpóźniej do jutra do ósmej wieczór, a że ruszyć się nie może, bo ma audiencję u ministra o jedenastej rano, a minister przecie wieczornym pociągiem wyjeżdża na cały miesiąc.

— Ratuj pan, kochany panie Nikodemie, radź, co robić? Co począć?

— Hm... prosta rada: depeszuj pan do Koborowa, by panu te dokumenty wysłali.

— Ba! — zawołał Kunicki — żeby to było możliwe! Dokumenty są w kasie ogniotrwałej, a klucze przecie mam ze sobą.