— No, to trzeba zaraz kogoś posłać. Ma pan przecie swój samochód. Może szofera?
— Szofera?! Królu złoty! Jakże ja mogę szoferowi dać klucze od kasy?! Tam są pieniądze i papiery, i biżuteria, i najróżniejsze dokumenty olbrzymiego znaczenia... Boże, Boże, co począć, co począć?!...
Dyzma zamyślił się.
— No dobrze, a nie ma pan w Warszawie nikogo zaufanego?
— Nikogo, nikogo, ani żywej duszy!
— No, to na dostawy trzeba pogwizdać.
— Panie, ależ to miliony, to miliony! — oburzył się Kunicki. — Marzyłem o tym od lat! I teraz nagle... ach, ja idiota, czemuż nie zabrałem!...
— Czego?
— No, tej zielonej teczki, którą pokazywałem panu... Pamięta pan?...
Wtem Kunicki uderzył się w czoło. Chciał coś powiedzieć, lecz przygryzł wargi.