— Zrobione, no do widzenia. Jazda!
Samochód ruszył. W kwadrans już byli za miastem.
Nikodem wydobył z kieszeni długi, wąski, stalowy klucz i obejrzał go z zainteresowaniem.
— Taka mała cholera — mruknął pod nosem — a tyle przez nią da się zrobić.
Auto szło szybko znajomą szosą. Wkrótce zaczął kropić deszcz, pokrywając szyby drobniutkimi kropelkami. Zbliżał się wczesny jesienny zmierzch. Nikodem nastawił kołnierz i, rozmyślając, zdrzemnął się.
Zatrzymali się raz tylko w celu zmiany koła, gdyż najechali na gwóźdź.
Było już zupełnie ciemno, gdy dojrzeli światełka Koborowa.
Wysiadł przed podjazdem i wydał szoferowi dyspozycje. Otworzyły się drzwi, wybiegła służba.
— Pani w domu? — zapytał Dyzma, nie odpowiadając na ukłony.
— Tak jest, proszę jaśnie pana. Pani jest w bibliotece.