— Wyzdrowieje Mistrz do jutra — zawyrokowała apodyktycznie panna Stella — a obowiązek Gwiazdy Trzypromiennej musi być dokonany.
— Co tam wyzdrowieję, nie wyzdrowieję — szarpnął się Dyzma. — Zdrów jestem, ale głowy nie mam do tego. Mam ważniejsze sprawy na karku.
Zaległo milczenie. Nikodem podparł pięścią brodę i odwrócił twarz do okna.
— Panie Miszcz — odezwała się cicho pani Koniecpolska — pan mieć jakieś przykroszcz?
Nikodem zaśmiał się ironicznie.
— Przykrość, przykrość... cha, cha, przykrość... Taki gałgan znajdzie się, co człowiekowi na łeb włazi...
— O, chyba pan, Mistrzu, każdemu potrafi dać radę — z przekonaniem powiedziała panna Stella.
Nikodem spojrzał na nią uważnie.
— Nie każdemu. Jak kto pod ziemią ryje jak świnia, oczernia, łże jak pies... Chce człowieka z błotem zmieszać, wygryźć...
Oczy panny Stelli zwęziły się.