Było dobrze po południu, gdy obudził się. Był piekielnie wyczerpany, w głowie huczał mu młyn.
Ubrał się i zajrzał do swojej sypialni. Panie pątniczki zaczęły budzić się. W łazience był tłok. Jedna po drugiej żegnała się z Nikodemem i wychodziły, ledwie trzymając się na nogach.
Wreszcie został sam. Pootwierał okna i ociężałymi ruchami zabrał się do przyprowadzania mieszkania do jakiego takiego porządku.
Właśnie przesuwał pianino, gdy w przedpokoju rozległ się dzwonek.
Przyszedł Krzepicki.
— Oho, panie Nikodemie! — zawołał ze śmiechem. — Musiała być grubsza bibka440.
Od czasu aresztowania Kunickiego zażyłość z pryncypałem441 tak wzrosła, że nie tytułował go już panem prezesem.
— Niech ich cholera weźmie — zaklął ponuro Dyzma.
— Ależ pan wygląda — podziwiał Krzepicki — nie wiedziałem, że pan lubi takie zabawki.
— Diabła tam lubi!