We czwartek zaś z Dworca Głównego odchodziły dwa pociągi w dwóch przeciwnych kierunkach. W jednym siedział skulony, stary, trzęsący się na całym ciele człowieczek. W drugim prezes Państwowego Banku Zbożowego, wesoło żegnający się z gronem przyjaciół odprowadzających go życzeniami i powinszowaniami.

I staruszek nie był samotny. W drugim rogu przedziału siedział krępy444 mężczyzna o czerwonej twarzy, z prawą ręką ukrytą w kieszeni palta445 charakterystycznym ruchem, który w danym wypadku był raczej wynikiem profesjonalnego nałogu, nie zaś potrzeby.

Pociąg Warszawa — Berlin odszedł pierwszy. W niespełna dziesięć minut po nim ruszył drugi na Białystok — Grodno.

Ze stopni wagonu zeskoczył ostatni Krzepicki, który w urywanych zdaniach składał szefowi pośpieszną relację z rozmowy, jaką przeprowadził z Kunickim przed jego odjazdem w Urzędzie Śledczym. Ze sprawozdania tego wynikało, że Kunicki nie robił żadnych trudności, że jest zupełnie zrezygnowany i złamany, że udzielił informacji i wyjaśnień, dotyczących interesów Koborowa, nowemu administratorowi, którym z woli narzeczonego i plenipotenta446 właścicielki zostaje Krzepicki.

Dyzma był zupełnie zadowolony.

Rozlokowawszy się w pustym przedziale, zaczął rozmyślać o swojej nowej roli.

Niewątpliwie trzeba teraz zrzec się prezesury banku. Bo i co mu po tym całym banku? Kolosalne dochody Koborowa, wygodne i spokojne życie, brak konieczności trzymania uwagi w nieustannym napięciu, by nie palnąć czegoś nieodpowiedniego — wszystko to przemawiało za porzuceniem banku.

Oczywiście zdawał sobie sprawę, że sam nie podołałby administrowaniu Koborowem.

Na szczęście miał pod ręką Krzepickiego, który potrafi wszystko. Dyzma nie miał najmniejszej wątpliwości, że w sprawach pieniężnych zbytnio ufać sekretarzowi nie należy. Pocieszał się jednak myślą, że Krzepicki nie zechce narażać się na stratę tak korzystnego stanowiska.

Za oknami wagonu rozciągała się rozległa równina, pokryta grubym śniegiem.