— A ty nie grasz? — zapytała.
— Tylko na mandolinie.
Roześmiała się.
— Chyba żartujesz?
— Jak Boga kocham.
— To takie komiczne: grać na mandolinie.
— Dlaczego?
— Nie wiem, ale wydaje mi się, że to musi być strasznie zabawne. Tak poważny prezes, mąż stanu i raptem mandolina.
— Żałuję, że instrument zostawiłem w Warszawie. Zagrałbym ci też jeden kawałek.
Pocałowała go w same usta, lecz gdy chciał ją objąć, wywinęła się ze śmiechem i zaczęła grać.