— Nineczka — powiedział Dyzma i pomyślał: „Co ona chce, do choroby, od mojej mandoliny?”

— Tak lubię, najbardziej lubię. Mówisz to tak twardo. Jest wtedy w twoim głosie taka chropowatość, siła, nie: rozkaz jakby nie wiem, dlaczego, ale wydaje mi się, że taki głos muszą mieć marynarze o krtaniach przesyconych solą i jodem.

— Jodem? To marynarze tak często pędzlują sobie gardła?

Roześmiała się.

— Naprawdę jesteś dziś w doskonałym humorze. Wiesz, ty masz prawdziwy talent mówienia dowcipów. Wygłaszasz je zawsze z taką powagą, która potęguje ich siłę komiczną. Nie masz pojęcia, jaka jestem szczęśliwa, gdy mogę być przy tobie. Tak mi zaraz lekko, swobodnie, radośnie i tak bezpiecznie. Od wielu, wielu dni twoja mała Nineczka będzie po raz pierwszy spała słodko i spokojnie, nie będą przeszkadzały smutne myśli...

Nikodem zmrużył oko.

— Ale za to będzie przeszkadzało co innego.

Spąsowiała i przytuliła się doń mocniej.

— Nie, nie — oponowała bez przekonania. — Nineczka będzie spała słodko na górze, a Nik słodko na dole.

— Mowy nie ma. Teraz już mowy nie ma. Szkoda każde następne słowo452.