Było już po jedenastej, gdy rozstali się i Dyzma poszedł do sypialni Kunickiego.
Po drodze zapalił światło w gabinecie i otworzył pancerną kasę. Na półkach piętrzyły się stosy banknotów. Wziął jedną paczkę i chwiał nią w powietrzu, jakby chcąc zważyć jej ciężar.
— Moje... Wszystko moje. Forsa, kasa, pałac, fabryki... Grube miliony.
Rozbierając się, starał się wyobrazić sobie, jak będzie z tego olbrzymiego majątku korzystać.
Przede wszystkim postanowił zaraz jutro zrobić lustrację455 majątku i wezwać oficjalistów456 na rodzaj odprawy. Układał w myśli przemówienie, jakie do nich wygłosi, gdy skrzypnęły drzwi.
Przyszła Nina.
Nikodemowi nie było sądzone spać tej nocy.
O siódmej służba rozpoczynała sprzątanie i Nina musiała zdążyć przejść na górę, zanim lokaje nadejdą ze służbowego skrzydła.
Dyzma zapalił papierosa i poprawił poduszki.
„Jeżeli tak zawsze będzie — pomyślał — długo nie pociągnę”.