— Wszystko w porządku, proszę pana prezesa.

— Niech pan powie swemu dyrektorowi, żeby przychodził do fabryki o godzinie siódmej. Zwierzchnik powinien dawać przykład podwładnym.

Podał mu rękę i wyszedł.

Młyn, tartaki, stajnie, obory, gorzelnia — wszystko to zajęło mu czas do południa. Przeszedł przez Koborowo jak groźna burza, pozostawiając za sobą panikę.

Gdy podjeżdżał do pałacu, ujrzał w oknie Ninę. Uśmiechnięta stała z podniesionymi rękoma i machała nimi na powitanie.

Była jeszcze w szlafroczku, lecz zbiegła do hallu.

— Skądże mój pan wraca? — zapytała półgłosem, gdyż w sąsiednim pokoju lokaj nakrywał stół.

— Byłem w gospodarstwie. Robiłem przegląd.

— I jakże?

— Za dużo próżniaków. Ja ich teraz wezmę do galopu.