Przed podjazdem stał oryginalny zaprzęg, rodzaj eleganckiej biedki88 na dwóch kołach z parą gniadych89 w lejc90. Usadowili się wygodnie na miękkich poduszkach i Kunicki strzelił z bata. Konie ruszyły ostrym kłusem.
— Co, ładne szkapiny? — zmrużył oko Kunicki. — Kupiłem tę parkę na wystawie rolniczej w Lublinie. Złoty medal! Co?
Istotnie, gniade szły jak lalki i Dyzma przyznał, że są wspaniałe.
— Najpierw pokażę panu moje ministerstwo kolei — mówił Kunicki. — Dwadzieścia dwa kilometry toru z dwoma rozgałęzieniami, pojedziemy do pierwszego, w moim lesie.
Skręcił z klonowej alei i miękką gruntową drogą jechali dobre pół godziny wśród gęstych łanów dojrzałego żyta. W powietrzu panowała cisza, lecz upał nie był dokuczliwy.
— Ładne urodzaje — rzekł Dyzma.
— Tak, panie, tak — odparł smutno Kunicki — za dobre, za ładne, niestety.
Nikodem roześmiał się.
— Tak to pan powiedział, jakby to pana martwiło.
— A co pan sądzi? — zdziwił się Kunicki. — Przecie to klęska dla rolnictwa.