Pchnął ją tak, że zatoczyła się i upadła na stertę brudnego śniegu.
Nie wstała. Patrzyła za odchodzącym.
— To tak?!...
Zakryła twarz zmarzniętymi rękoma i płakała.
— Pośmieciuch... dziwka... szmata...
Nagle zerwała się i pogroziła pięścią w kierunku banku.
— Poczekajże ty!
Otrzepała paletko ze śniegu i prędko, jak mogła najprędzej, zaczęła iść ku Marszałkowskiej.
„Popamiętasz mnie jeszcze, popamiętasz!... Ja cię nie będę miała, ale i tamta nie! Już ja cię urządzę”.
Chęć zemsty, natychmiastowej zemsty, opanowała ją wszechwładnie. Prawie biegła.