— I ja tak sobie myślę: czemu by nie w Warszawie?
— Brawo, brawo — cieszyła się pani Przełęska — oto mądre słowo. Widzisz, Ninuś, wiedziałam, że pan prezes tak postanowi. Urządzi się później wielkie przyjęcie... Trudno, Ninuś, musisz się liczyć z tym, że twój narzeczony nie jest prywatnym człowiekiem...
— Teraz jest — wtrąciła Nina.
— Ach, teraz, teraz. Co znaczy teraz. Na mieście wszyscy mówią, że tylko patrzeć, a zostanie ministrem!
— Eee... tam — machnął ręką Dyzma — nie trzeba przesadzać. Ale pani ma rację. Przyjęcie zrobi się.
Nina potulnie zgodziła się. Skoro Nik tego sobie życzy, widocznie ma jakieś ukryte powody, których nie chce ujawnić, a ona od dawna zrezygnowała z prób przeniknięcia tej zamkniętej duszy, której zgłębić nie umiała, a tylko swoim instynktem kobiecym czuła, że dusza ta jest niezłomna.
— A co do tej podróży — zaczął Nikodem — to ja myślę, że lepiej nie jechać.
Nikodem zmarszczył czoło i potarł dłonie. Bał się jak ognia samej myśli wyjazdu za granicę, gdzie od razu ujawniłaby się jego nieznajomość obcych języków. Tymi strzępami niemiecczyzny, jakimi od biedy mógł się posługiwać, nie dałby sobie rady.
— Czy pan prezes — słodko spytała pani Przełęska — uważa, że to niepatriotycznie w dzisiejszych czasach wozić pieniądze za granicę? Ależ wszyscy to robią!
— Właśnie! Właśnie źle robią! Każdy grosz wywieziony za granicę to okradanie własnego kraju — zacytował hasło przeczytane niedawno na jakimś plakacie propagandowym. — Źle robią.