— Nie pański interes. Dość, że masz milczeć. A po drugie, po cichu, żeby nikt nie wiedział, musisz mnie trochę poduczyć po angielsku.

— Ja? — oburzył się Ponimirski. — Ja mam chamów uczyć? To już bezczelne!

— Milcz, głupia małpo! — ryknął Dyzma. — Wybieraj, jak chcesz. Albo to, co ci każę, albo w trymiga524 przeflancuję cię do Tworek.

Ponimirski przygryzł wargi i rozpłakał się.

— Brutus, Brutus — mówił wśród łkania, głaszcząc ratlerka — słyszysz? Twego pana chcą zamknąć znowu w domu wariatów... Brutus!...

Po jego bladej okrągłej twarzyczce ciekły łzy w takiej obfitości, że aż zdziwiło to Dyzmę.

— No — zapytał — co wolisz?

— Proszę do mnie nie mówić na ty — wyniośle odparł Ponimirski i od razu przestał płakać.

— A niby dlaczego? Jak jesteśmy teraz szwagrami... Właśnie powinniśmy być „na ty”. Co by ludzie powiedzieli? Dawni koledzy i szwagry do tego, żeby „na pan”?...

— Zabawne — zgryźliwie uśmiechnął się Ponimirski. — Czy pan jednak nie zdaje sobie sprawy z dystansu, jaki nas dzieli?