— Pan będzie łaskaw nie krępować się i wydawać polecenia służbie...
— Dziękuję...
Ukłonił się i wyszedł. Nina widziała jeszcze kilka chwil jego szorstką w ruchach, robiącą wrażenie kwadratowej figurę i szeroki, czerwony, gruby kark, gdy twardym krokiem szedł w długiej amfiladzie pokojów.
„Więc tak wygląda silny człowiek? — pomyślała. — Dziwne. A jednak... Ach, ty wieczna marzycielko!...” — roześmiała się i splótłszy dłonie, przeciągnęła się całym ciałem.
Dyzma znowu zabrał się do studiowania materiałów Kunickiego, lecz szło mu bodaj gorzej niż w nocy. Żadną miarą nie mógł zorientować się w tym lesie cyfr.
— Psiakrew! — klął. — Widać, jestem głupi jak but.
Przypomniało mu się gimnazjum. Tam przynajmniej, gdy czegoś nie rozumiał, mógł wykuć na pamięć. Orka, bo orka, ale było zawsze to wyjście. Zresztą gdy nie wykuł, mógł zawsze udać chorego i nie iść na lekcje... A tu nie ma żadnej rady, żadnej... Bo przecie tego wykuć nie można, a zachorować...
Nagle zastanowił się:
„A żeby tak zachorować?”
Ale co z tego?