Rozmawiano jeszcze kilka chwil, po czym Dyzma poszedł do swego pokoju. Pamiętał, że umówił się w parku z tym zwariowanym hrabią, od którego można wielu ciekawych rzeczy dowiedzieć się o całym towarzystwie koborowskim.

Sprawdziwszy, że nikogo w pobliżu nie ma, otworzył drzwi na taras i wybrał aleję, która wydała się mu najprościej prowadzącą do owej kamiennej ławki pod starą lipą.

Nie mógł jej wszakże odszukać i już zaczął tracić nadzieję, że zobaczy się z tym Ponimirskim, gdy usłyszał w pobliżu ujadanie ratlerka128.

„Jest”! — ucieszył się.

Istotnie, w pobliżu ujrzał pokracznego pieska obskakującego dookoła pień rosochatego129 kasztana i szczekającego zawzięcie. Podniósł wzrok i ku swemu zdziwieniu zobaczył młodego hrabiego usadowionego w rozwidleniu gałęzi.

— A, jest pan — zawołał ten z góry — to doskonale.

Zeskoczył lekko na ziemię i skinął Dyzmie głową.

— Nie zadenuncjował130 mnie pan przed Kunikiem? — zapytał nieufnie.

— Broń Boże. Zresztą nie ma go w domu.

— To dobrze. Zdziwił się pan, że siedziałem na drzewie?