— Nie ma o czym mówić — stanowczo pokręcił głową Domaszko — bo ja się na to nigdy nie zgodzę.

— Dlaczego? — zdumiał się Mech.

— Jeżeli mówię o koksie — przytrzymał go za rękę Weisblat — to z tego powodu, że znalazłem murowane źródło. Że niefałszowany, dam głowę, a ekspedycja i transport do nich należy.

— Nie chcę o tym słyszeć.

— Oj, jaki pan dziwny — zaszeptał Mech — przecież żadnego niebezpieczeństwa „wsypy” nie ma. Chodzi tylko o pieniądze.

— Chodzi o kokainę — zaprotestował Domaszko — wwóz jest przestępstwem to raz, po wtóre dostarczanie tego narkotyku jest nową zbrodnią. Nie, panowie, dajmy temu spokój. Ja jestem człowiekiem uczciwym i na takie rzeczy nie pójdę.

Mech rozłożył ręce, jakby chciał powiedzieć: — to trudno, lecz Weisblat uśmiechnął się i zaczął tłumaczyć.

Przede wszystkim rozwiał wszelkie obawy wykrycia. Transport z Berlina na ryzyko dostawcy. Kokaina bardzo mało zabiera miejsca i będzie dostarczana jednemu właścicielowi małej drogerii na Muranowie. Jak złapią, to jego. Dalej trzeba wziąć pod uwagę, czy to jest nieuczciwością? Nie wszystkie zakazy rządu są słuszne i mądre. Przecież i on, Weisblat, czy dajmy na to Mech, może zostać posłem i otrzymać tekę ministra. I on może wydać na przykład zakaz sprowadzania książek czy pierników. Co na to wtedy powie pan Domaszko?

— Powiem, że wtedy nie wolno importować książek, a wolno kokainę. To jasne.

— Otóż to — potwierdził Weisblat — a rządy się wciąż zmieniają, może i znajdzie się taki. I co wtedy będzie? Kokaina spadnie w cenie, a mądrym okaże się ten, kto już od dawna wziął się do koksu. Więc o co chodzi?... O to, że pan Domaszko nie chce rąk maczać w całym interesie? To nie będzie maczał. Może nawet o niczym nie wiedzieć. Zrobi się cichutko. Tylko kapitał obrotowy trzeba przerzucić z perfum i innych towarów na koks. Reszta wspólników nawet nie przewącha. Obroty zmniejszyły się i tyle.