— O, i oszukiwanie wspólników! — wtrącił Józef.
— Po co oszukiwanie? Jeżeli kochany pan Józef tak kwestię stawia, to nawet możemy im dać normalne zyski. Zaksięguje się po prostu transakcje z ręki do ręki, pan Mech już to sprytnie załatwi. I interes jest czysty jak łza.
— A powiedzże jakie dochody — zaszeptał Mech.
Twarz Weisblata rozjaśniła się. Wyjął notes, ołówek i zaczął Domaszce prezentować kalkulację, pozycję po pozycji. Józef niechętnym, lecz uważnym okiem śledził ruchy jego ołówka. Weisblat skończył i trzykrotnie podkreślił cyfrę, bardzo wymowną cyfrę czystego zysku:
— 450 procent!
— No!?... Każdy dolar w ciągu dwóch miesięcy przynosi cztery i pół przychówka. Jeżeli puścimy w to tylko pięć tysięcy, to po roku wyjmiemy minimum 300 000 dolarów! Pan rozumie? Po sto tysięcy dla każdego z nas!
Nastało milczenie.
— I w „Polimporcie” nie będzie ani jednego grama tego paskudztwa?
— Ani jednego. Przecież to nie interes firmy, tylko nas trzech — zapewnił Weisblat — no więc zgoda?...
Wyciągnął rękę, lecz Domaszko udał, że jej nie widzi. Złożył serwetę i wstał: