— Muszę już iść... ale pamiętajcie, panowie, że ja o niczym nie wiem.
— No, rachunki chyba zechce pan sprawdzać? — zaszeptał Mech.
— Tylko dla porządku, tylko dla porządku — odpowiedział Domaszko z oburzeniem.
Niechętnie uścisnął ich ręce i wyszedł.
Rozdział V
Był to skromny i nieco nieporządny lokal na trzecim piętrze. Na drzwiach biała tabliczka głosiła: „Tygodnik Niezależny” — kierownik przyjmuje od 8.00 do 10.00 rano.
„Też wybrał sobie godziny przyjęć” — pomyślał Józef, naciskając klamkę.
W przedpokoju źle ubrany wyrostek jadł chleb z masłem, w pierwszym pokoju jakiś pan nad stertami papierów kłócił się z dwoma innymi. Na ścianach cokolwiek krzywo wisiały mapy i portret Fryderyka Nietzschego.
Po chwili wybiegł Piotrowicz, wysoki, kościsty blondyn, o niemal atletycznej budowie z niezwykle żywymi niebieskimi oczyma.
— Serwus! Jak tam? — zawołał — szalenie się cieszę. Wejdźcie, kolego, tu na parę minut. Mam krótką konferencję, ale zaraz będę gotów.