Mocno uścisnął dłoń Domaszki i prawie wepchnął go do bocznego pokoiku.
— Siadajcie i darujcie — z tymi słowami znikł.
Józef rozejrzał się. Pod oknem przy maszynie do pisania siedziała plecami do wejścia szczupła blondynka i z wielką uwagą stukała w klawisze.
Chrząknął, lecz nie odwróciła głowy, wobec czego zrezygnował z ukłonu i usiadł na cokolwiek chwiejącym się krześle. Stary biurowy stół, jak i wszystkie meble, był zawalony dziennikami, korespondencją i przyborami do pisania.
„Ładu tu nie za dużo” — skonstatował w myśli.
W tej chwili blondynka wstała, wyjęła papier z maszyny i podeszła do stołu. Józef wobec tego podniósł się z krzesła i ukłonił. Skinęła mu ładną główką. Nawet bardzo ładną. Mogła mieć osiemnaście, najwyżej dziewiętnaście lat. Zresztą nie przyglądał się jej zbyt uporczywie, gdyż byłoby to nietaktowne. Toteż zdziwił się, że ona wciąż ku niemu zerka i to jakby z uśmiechem.
Wreszcie zapytała wręcz:
— Przepraszam pana, ale... czy pan nie jest panem Józefem Domaszką?
Zerwał się:
— Tak jest, proszę pani.