Zanim zdążył odpowiedzieć, wpadł Piotrowicz i wyciągając za sobą jakiegoś siwiejącego pana, wołał:
— Żegnam, żegnam, z typami w pańskim rodzaju nie chcę w ogóle mieć do czynienia.
— Ależ, panie — bronił się wyciągany, usiłując wyrwać dłoń z uścisku Piotrowicza i drugą chwytając się za drzwi — jeszcze jedno słowo...
— Jeszcze jedno słowo — ryknął Piotrowicz — a zrzucę pana ze schodów! Won, do diabła!
Józef spojrzał pytająco na pannę Lusię, lecz ta ukryła twarz za książką i śmiała się cichutko.
— Proszę, kolego! — z kurtuazją zwrócił się Piotrowicz do Józefa, uporawszy się z tamtym.
Domaszko chciał pożegnać się z panną Lusią, lecz już był w gabinecie.
— Darujcie — sadowił go Piotrowicz w trzcinowym fotelu — ale musiałem wyprosić tego smerdę!
— ...ciurę, ciwuna! — dokończył Domaszko.
Piotrowicz wybuchnął śmiechem: