Spuściła głowę i szli w milczeniu. Ulice były pełne ludzi. Na rogach sprzedawano bukieciki pierwszych fiołków.
— Panno Lusiu... Ja też straciłem wszystkich najdroższych pod tymi gruzami... Pewno już gęsta trawa na nich porosła...
— Trawa porosła — powiedziała, ledwo ruszając wargami.
— Wola boża — westchnął Józef.
Na rogu Chmielnej musieli przystanąć. Jezdnią przesuwał się sznur wozów z węglem. Mała dziewczynka o wysoko podkasanej spódniczce podbiegła z miską pełną fiołków. Józef kupił mały bukiecik i podał pannie Lusi.
— Takie kwitły na Raszycowym wzgórzu za rzeczką — powiedział.
— Takie, tylko tamte mocniej pachniały. Dziękuję. A z drugiej strony latem były cząbry, pamięta pan? Cały dywan.
— Panno Lusiu, a może jednak pójdziemy na obiad gdzieś do restauracji? Ja też jestem głodny.
Lusia zastanowiła się:
— Zaprosiłabym pana do wujenki, na pewno byłaby rada, ale tam tyle osób... Nie moglibyśmy się wygadać. Nie. Pójdziemy do cukierni na małe pół godzinki.