Przed samą kolacją wróciła z konserwatorium Klima, a już siedzieli przy stole, gdy wpadł hałaśliwy narzeczony Nuny:
— Rozłam w PZLA! — zawołał od progu takim głosem, jakby zwiastował trzęsienie ziemi.
— Co?! — przestraszyła się mecenasowa.
— Cześć, czołem — witał się Huszcza — nie zaliczyli Wańtuszkowi dwunastu punktów za dziesięciobój i „Patria” zażądała odesłania sprawy do związku związków. Niesłychany skandal, a Wańtuszek wycofuje się z klubu! Co?!
— Mistrz biegu na przełaj — wyjaśniła Nuna — taki mały brunecik, który w zeszłym roku...
— Przepraszam cię, moje dziecko — przerwała pani mecenasowa — proszę siadać, panie Wacławie. Zosiu, podaj panu półmisek! Panie Józefie, może sałaty?... Klima, przysuń panu Józefowi sałatę. Doprawdy wszystko wystygło. Nuno, zapomniałaś o serwetce. Zosiu, czy pan nie dzwonił, o której przyjdzie?
— Nie, proszę pani.
— „Wisła” — „Garbarnia” sześć do dwóch — informował młody Huszcza półszeptem narzeczoną — to im dali! Kupść ma rozbitą kostkę. Patrzyłem, gdy schodził, i przyszedł mi pomysł na wiersz pod tytułem: „Ranny gladiator”. Co?...
— To może być godne Homera — zjadliwie powiedziała panna Klima.
— Nie rozumiem, jak przedmiotem poezji — odezwał się stary pan Huszcza — można robić taką rzecz jak kopanie piłki.